Nad wodą

Przylądek Horn, wyprawa tylko dla wytrwałych

29 marca 2016
253 Wyświetleń
0 Komentarzy
Przeczytano 6 minut temu
Przylądek Horn, wyprawa tylko dla wytrwałych

Za nami Święta Wielkanocne. Z pewnością dla wielu był to czas błogiego lenistwa, spotkań z rodziną, suto zastawionych stołów. Powrót do rzeczywistości może okazać się niezwykle trudny i potrzeba nam z pewnością dużej dawki adrenaliny, żeby wybudzić się z tego sennego letargu. Co powiecie zatem na wyprawę do jednego z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi, gdzie żywioł daje znać o sobie na każdym kroku? Będzie to podróż tylko dla wytrwałych, którym nie straszne są szalejące fale i sztorm przewracający łodzie! Przygotujcie się na spotkanie oko w oko z siłą natury w czystej postaci – przygotujcie się na Przylądek Horn!

Przylądek Horn i jego duńskie korzenie

Od czego by tu zacząć… Najlepiej od podstaw. Przylądek Horn to skalna wypustka znajdująca się w granicach chilijskiego Archipelagu Ziemi Ognistej, czyli słynnej Tierra del Fuego. Zlokalizowany jest on dokładnie na jednej z wysp Hermit Islands. Jego historia jest nad wyraz interesująca. Oczywiście, nie trzeba nikomu przypominać, że to jedno z najniebezpieczniejszych miejsc dla żeglarzy na świecie, niejeden poniósł tam śmierć, a statki roztrzaskiwane były przez fale sięgające ponad 30 metrów. Nie trzeba, prawda? Wracając do historii… W świecie hiszpańskich to miejsce znane jest jako Cabo de Hornos, czyli Przylądek Piekarników, jednak to nie żeglarze z Wielkiej Armady opłynęli go po raz pierwszy. Uczynił to Holender, Willem Schouten, w roku 1616, nazywając to miejsce na cześć miejscowości Hoorn, z której się wywodził. Co ciekawe, Duńczycy określali je jako Kaap Hoorn. Z czasem Anglicy, jak to mają w zwyczaju, zapożyczyli tę nazwę i zmodyfikowali, żeby lepiej się wymawiało i tak już pozostało w żeglarskiej nomenklaturze, że owo miejsce nazywa się Cape Horn.

Błędne mniemania o Cape Horn

Wielu uważa, że Przylądek Horn jest najbardziej wysuniętym punktem Ameryki Południowej – to jest jednak błąd. Jest północną granicą tzw. przejścia Drake’a – słynnej cieśniny pomiędzy Ameryką Południową a Antarktyką. Można zatem stwierdzić, że w pobliżu Horn spotykają się wody dwóch oceanów – Atlantyku i Pacyfiku. Najbardziej skrajny teren tego kontynentu znajduje się na Przylądku Froward. Natomiast punktem położonym najbardziej na południe w masywie szelfu kontynentalnego Południowej Ameryki są Diego Ramirez Islands znajdujące się 100 km na południowy-zachód od przylądka Horn  oraz 93 km na południowo-południowy zachód od wysp Ildefons, które ciągną się na 8km na południe. Przylądek Horn był swego czasu jednym z ważniejszych punktów na mapie handlowych szlaków, jednak po otwarciu w 1914 roku Kanału Panamskiego stracił zdecydowanie na znaczeniu.

Przylądek Horn złą sławą owiany

Do dziś jednak przepłynięcie go stanowi nie lada osiągnięcie i w żeglarskim światku można uznać to za ogromną nobilitację. Wszystko przez niezwykle trudne warunki atmosferyczne, które tam panują, huraganowe i zmienne wiatry, nazywane Williwaws, a także zdradliwe skały sprawiają, że stosunkowo mała grupa żeglarzy kontynuuje opływanie przylądka Horn, w szczególności w regatach dookoła świata. Większość z nich przepływa wokół wysp na północ od przylądka Horn, a część czeka na dobrą pogodę przy wyspie, czasami tylko opływając ją.

Horn nie ma dobrej sławy i to już od XVI wieku. Zdarzały się przypadki, że żaglowce próbowały przebić się z oceanu na ocean przez 10 miesięcy. Statki duże, które nie ślizgały się po falach, lecz się w nich zanurzały, miały poważne trudności z utrzymaniem sterowności. Szacuje się, że łącznie zatonęło tam około 800 statków, a wraz z nimi 10 tys. ludzi.

Emocje i chęć poznania

Już same opowieści rodzą dreszczyk emocji. Kuszą, aby tam popłynąć i opłynąć ten groźny kawałek skały. Lecz to nie koniec przygód. Na północny zachód od Hornu leży Patagonia. Poprzecinana kanałami dżungla wraz z dziewiczymi lodowcami opadającymi aż do samej wody – w sam raz na kilkutygodniowy odpoczynek z dala od cywilizacji, biegu i szaleństwa. Na rynku pojawiło się kilka organizacji, które organizują tego typu wyprawy, w których uczestnicy mogą poczuć na własnej skórze, czym tak naprawdę jest żeglarskie życie – płyną tam nie jako turyści, ale pełnoprawna załoga. Wszyscy będą pełnili wachty nawigacyjne, wachty kambuzowe a uczestnikom może nawet przypaść wachta przy odśnieżaniu pokładu. Najlepszym okresem na tego typu trip jest czas od połowy listopada do połowy kwietnia, kiedy na Cape Horn trwa lato. W tych miesiącach częstotliwość mgieł i sztormów jest najmniejsza, więc wtedy jest tam zdecydowanie najbezpieczniej.

Przylądek Horn to emocje, żywioł, pasja – czyli wszystko to, co tygryski lubią najbardziej. Zobaczcie zresztą sami…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *