Wyjazdy zagraniczne

Angkor – mistycyzm ukryty w dżungli

12 lipca 2016
397 Wyświetleń
0 Komentarzy
Przeczytano 12 minut temu
Angkor – mistycyzm ukryty w dżungli

Czasem w życiu musimy pokonać wiele przeciwności, by spełnić swoje marzenia, dotrzeć do upragnionego celu. Czasem zdarza się tak, że prawdziwe piękno kryje się pod warstwami kurzu, brudu i rzucanych pod nogi kłód. Czasem zwyczajnie nie chce nam się przedzierać przez gęstwiny przeszkód. A szkoda. Może właśnie za nimi czeka nas cud. Ciekawe, co myślał sobie Henri Mouhot pokonując kolejne kilometry dżungli? Czy miał wątpliwości? A może chciał zwyczajnie zawrócić? Na szczęście tego nie zrobił. To właśnie jego determinacji zawdzięczamy odkrycie jednego z najwspanialszych kompleksów świątynnych świata, czyli Angkor.

Angkor – stolica imperium

W podróżniczym półświatku tak się czasem zdarza, że pewnych nazw używa się zamiennie – choć niekoniecznie jest to do końca poprawne. Dlatego już na samym początku pragniemy rozwiać wszelkie wątpliwości. Pisać będziemy o Angkor – czyli całym kompleksie miejsko-świątynnym z czasów Imperium Khmerskiego. Mylnie używa się do jego określenia nazwy „Angkor Wat”, która oznacza w wolnym tłumaczeniu „miejską świątynię” (wat – to świątynia) i jest to najwznioślejsza budowla całego miasta.

Skoro mamy już rozwiązane kwestie formalne, czas przejść do meritum. Chcemy Was zabrać do dżungli (znowu!) – tym razem jednak znajdować się będzie ona w południowo-zachodniej Azji, na terenie Kambodży. Gdzieś w zielonych zakamarkach deszczowych lasów, znajduje się porośnięte lianami miasto, które niegdyś stanowiło o potędze i wielkości Kangkor wat3rólestwa Angkoru, czyli wspominanego Imperium Khmerskiego, którego przez blisko sześć wieków było stolicą.

Potężne imperium sięga początków IX wieku i jest dziedzictwem  Dżajawarmana II, wywodzącego swój ród z legendy o hinduskim księciu, który wygnany przez ojca z Delhi, miał pojąć za żonę córkę Króla Węży i od niego właśnie otrzymać w prezencie nowe ziemie, zwane potem po prostu Kambodżą. Królestwo rosło w siłę, a jego kolejni władcy przyłączali do niego nowe ziemie: pod koniec XII w. Imperium Khmerów było kilka razy większe od dzisiejszej Kambodży, a jego stolica liczyła sobie milion (sic!) mieszkańców. Było tłoczno, gwarnie – niektóre współczesne metropolie nie dorównują jej pięknem i przepychem. W dziejach świata przed rewolucją przemysłową nigdy nie powstało równie wielkie miasto.

Angkor zaczął niestety podupadać na początku XIII wieku, po śmierci ostatniego wielkiego władcy – Dżajawarmana VII. W 1432 roku, po najeździe Tajów, stolicę imperium przeniesiono do Phnom Penh. Od tego momentu monumentalne pałace i świątynie zaczęła stopniowo wchłaniać dżungla. Do dziś naukowcy głowią się nad tym, dlaczego mieszkańcy opuścili swoje domostwa, pozostawiając miasto na łasce żywiołuangkor wat2 przyrody. Według jednej z najnowszych teorii może za tym stać zbyt intensywne użytkowanie gleby, co spowodowało spadek jej żyzności, a także problemy z wodą – gdy miasto upadało, jej poziom w sztucznych zbiornikach i glebie był bardzo niski.

I tak miasto zostało zapomniane. Na kilkaset lat. Aż do roku 1860. Wtedy to, wspomniany już, francuski podróżnik,  Henri Mouhot, który wyruszył do Indochin z zamiarem przepłynięcia Mekongiem na północ, w kierunku Chin, postanowił zmienić środek transportu i po trzech tygodniach mozolnej wędrówki dotarł do kamiennego miasta. Ujrzał  jedynie zarośnięte przez bujną zieleń ruiny. Żeby zrozumieć, z jakim rozmachem ją wybudowano i jaka była jej wielkość, trzeba było wielu kolejnych lat: na terenie 400 km²  odkryto niemal setkę starych świątyń i królewskich pałaców…

Jak miały pokazać następne lata, historia nie oszczędzała ani Angkor, ani Kambodży. Wszystko przez krwawe rządy Pol Pota i jego Czerwonych Khmerów. Zamykano szkoły, szpitale, banki i fabryki. Mordowano inteligencję, fachowców i ich rodziny: ponieważ kule były zbyt drogie, do masowych egzekucji używano motyk, łopat, siekier i szpikulców, a dzieci roztrzaskiwano o drzewa. Z 17 tysięcy osób, które trafiły do więzienia Tuol Sleng w stołecznym Phnom Penh, przeżyło osiem. Kraj sprowadzono na samo dno nędzy i rozpaczy. Wraz z niszczeniem ludzi i państwa Khmerzy robili wszystko, by zniszczyć także Angkor. Na jego terenie stworzyli poligon, zamieniając mury świątyń w strzelnice. Wyrzucili zagranicznych konserwatorów, którzy próbowali naprawić szkody wyrządzone tuż po odkryciu Mouhota, gdy poszukiwacze skarbów rozkradli i zdewastowali wiele zabytkowych rzeźb. Zniszczono także cenną dokumentację i zapiski, przez co niektórych świątyń nie udało się zrekonstruować do dziś. Dopiero lata 90. XX wieku przyniosły ulgę. Angkor wpisano na listę UNESCO, a do miasta zawitali pierwsi turyści. Tajemnicze miasto zaczęto z wolna odzierać z aury mistycyzmu. Na szczęście nie do końca to się udało.

Trudno o miejsce w Angkor

Z daleka czuć aurę mistycyzmu, która unosi się nad Angkor. Majestatyczne budowle rosnące z każdym krokiem na horyzoncie tylko dopełniają poczucia naszej małości. Khmerscy budowniczowie postarali się, by nawet najbardziej prozaiczne budowle wzbudzały szacunek każdego, kto przekracza granice królewskiego miasta. Miejsc do zwiedzania jest tam bez liku, dlatego najlepiej zaopatrzyć się jedno lub kilkudniowy karnet, a kolejne kilometry można pokonywać miejscowym tuk-tukiem lub spróbować wynająć rower – różnica w cenie jest znaczna. Zgadnijcie, co jest droższe: rower czy tuk-tuk? (odpowiedzi piszczcie w komentarzach).

Angkor widnieje nawet w księdze rekordów Guinnessa, nie bez kozery przez wielu uznawany jest za jeden z cudów świata. Ten największy kompleks sakralny świata odwiedza rocznie ponad 2 miliony turystów. Nie ma co ukrywać – to oni są największą plagą i problemem. Nie ma chwili w ciągu dnia, żeby nie natknąć się na kolejki, a dźwięk strzelających migawek drażni bardziej niż bzyczące insekty. Trudno znaangkor wat1leźć choćby chwilę spokoju. By pobyć sam na sam ze swoimi myślami. Złapać je i próbować poukładać. Czasem można odnieść wrażenie, że ludzie zapominają o tym, że Angkor to przede wszystkim miejsce kultu, a szacunku tam niestety za grosz. Gwarno tam jak w ulu, a i do stroju niektórych można się przyczepić. Na całe szczęście – od 4 sierpnia nie będą do świątyń wpuszczani turyści noszący nieodpowiednie ubrania. Za takie uznaje się spodnie i spódnice kończące się powyżej kolan. U kobiet wymagane jest też, by sukienka czy bluzka zakrywała pośladki i nie odsłania ramion, dekoltu ani pleców. Takie restrykcje podyktowane zostały niedawnymi incydentami z mało wybrednymi zdjęciami, które trafiły do Sieci, a wszystko skończyło się aresztowaniami i deportacją. Może przypomną one tłumom o szczególnej roli tego miejsca.

Jeden z największych skarbów Angkor to kamienny „arras” ciągnący się przez ponad 900 metrów, na którym widnieje prawie 20 tysięcy postaci przedstawiających realistyczne sceny z eposów indyjskich – Ramajany i Mahabharaty, jak również życie dworu. Widząc przepiękne zdobienia, wspaniałe i wycyzelowane w każdym detalu płaskorzeźby i ogrom całego przedsięwzięcia, nie dziwi wcale, że budowa tego kamiennego miasta trwała ponad 30 lat. Glorii i chwały budowniczym dodaje także fakt, że prace w dużej mierze były prowadzone bez użycia skomplikowanych technologii. Siła umysłu i ludzkich mięśni. Coś wspaniałego. Legendarne wręcz są już tamtejsze wschody i zachody słońca. Tysiące osób wstaje wcześnie rano, by tylko uwiecznić tę chwilę w swojej pamięci. Nawet wtedy trudno o względny spokój – taki urok tego miejsca…

Czasem przychodzi taka refleksja… Może lepiej było dla Angkor, żeby Henri Mouhot tam nigdy nie dotarł? Miasto dalej spoczywałoby spokojnie w objęciach dżungli. Może i tak. Ale zawsze jest jakieś „ale”. Bez tego nikt z nas nie miałby szansy, by trochę tamtego (s)pokoju i mistycyzmu zabrać ze sobą… Nikt nie miałby szansy poczuć tego miejsca, doświadczyć go całym swym jestestwem, dać się przeniknąć i ogarnąć. Wielu szuka tu spokoju – o niego tu trudno. Można tu jednak, przy odrobinie szczęścia, odnaleźć wewnętrzny pokój – i tego Wam życzymy.

Trzymajmy się słów angielskiego powieściopisarza, Williama Sommerseta Maughama o tym, że nie można umrzeć, nie zobaczywszy Angkor… 

ROZBUDZAMY PODRÓŻNICZE MARZENIA!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *